Spowiedź anioła – wstrząsająca opowieść o walce do końca



O wojnach na pograniczu nieba, o wołaniach na cmentarzu, o świętych w więzieniu, o skarbie bezdomnego, o najważniejszej chwili życia i odnalezieniu sensu, tam, gdzie się go nikt nie spodziewał. A wszystko to w… gazetce parafialnej, na którą natrafiliśmy niby przypadkiem, jak odkrywa się uroczą uliczkę Wilna, Paryża czy Rzymu, gdy zgubi się drogę. Siostra Michaela Rak, założycielka jedynego hospicjum w Wilnie, w krótkim, ale przejmującym wywiadzie.

Czy żeby ufać Panu Bogu wystarczy powtarzać słowa: Jezu ufam Tobie?
Nie, bo to są tylko słowa. Słowo, które wypowiadamy, jeśli mam mieć jakiś sens, musi być odzwierciedleniem tego, co mamy w sercu. Co wyraża nas. Jeżeli mówię „ufam” to po prostu wszystko składam w ręce Pana Boga, nie według mojego planu, nie według moich zamiarów, nie według moich sił. W tym ufam wyrażam moją rezygnację z mojego „ja” i takie całkowite zakotwiczenie w Twoim „Ty” Boże. To wtedy jest prawdziwe ufam.

Śmierci nie ma, jest przejście. Jest jakiś etap kończącego się „tu i teraz” i zaczyna się etap tego, co w tej chwili, kiedy jesteśmy jeszcze „tu i teraz” jest znany tylko samemu Bogu.

A jak siostra rozumie Miłosierdzie Boże przez pryzmat zetknięcia się codziennie ze śmiercią?
Mówię zawsze, że śmierci nie ma, jest przejście. Jest jakiś etap kończącego się „tu i teraz” i zaczyna się etap tego, co w tej chwili, kiedy jesteśmy jeszcze „tu i teraz” jest znany tylko samemu Bogu. Kiedy wchodzimy w tą przestrzeń, która już jest doświadczeniem właśnie takiego boskiego bycia, boskiej obecności, to dopiero wtedy doświadczamy tak naprawdę życia. Moment graniczny tego przejścia, który każdy z nas przejdzie jest dla nas najważniejszym momentem w życiu, momentem decyzji. Ile mamy w naszej codzienności takich chwil, kiedy musimy rozeznawać czy coś zrobić czy nie zrobić, czy podjąć taką czy inną decyzję. Właśnie ten moment przejścia stąd do wieczności wymaga niesamowitej decyzji i w tej decyzji zamyka się właśnie to, co się łączy w przestrzeni przebaczenia, wyrównania jakiś urazów życiowych w stosunku do siebie, do środowiska, z którym dane nam było przez lata być. To jest taki moment, kiedy ja mogę zakotwiczyć się w Panu Bogu i właśnie to „ufam” powiedzieć Mu na wieczność. Myślę, że nasza posługa ludzi hospicyjnych jest wyjątkowa, dlatego że jesteśmy tymi osobami wspomagającymi, że kiedy nasz człowiek chory, którego Pan Bóg dał w nasze ręce, nie ma w sobie mocy powiedzenia właśnie sercem i słowami „ufam”, żeby jego wesprzeć w tym najważniejszym momencie jego życia.

Słyszałem, że kiedyś siostra powiedziała, że nie wierzy w życie pozagrobowe, bo siostra wie, że ono jest. Czy na przykładzie jakiejś osoby lub wydarzenia może siostra pokazać to niesamowite działanie Pana Boga?
Ja w codzienności hospicyjnej nieustannie doświadczam takiej ludzkiej niemocy, barier, które wydają się nie do pokonania. Mocnych murów z metalowym zabezpieczeniem. Może to jest bardzo symboliczne, ale każdy dzień po prostu jest dla nas ogromnym wyzwaniem, czy udźwigniemy tę codzienność. I kiedy słabną moje siły, właśnie przywołuję tych ludzi, którzy są już w tym drugim życiu, w innej przestrzeni. Bardzo często przywołuję osoby święte, ale i dusze czyśćcowe, modlę się do moich pacjentów, których pamiętam, kiedy byliśmy tutaj razem w przestrzeni hospicyjnej. Bardzo często idę na cmentarze, ofiaruję Panu Bogu coś, co jest ze mnie - jakieś czyny, jakaś modlitwa, jakiś trud - i na zasadzie takiej wzajemnej wymiany darów, proszę dusze czyśćcowe: pomóżcie! Ja się jeszcze nigdy nie zawiodłam.

A czy łatwo obecnie wykonywać uczynki miłosierdzia?
Trzeba chcieć. Ja bym powiedziała, że czyn miłosierdzia to jest nasz normalny czyn. My właśnie gdzieś w gonitwie tego świata się zagubiliśmy. Lepsze stanowisko pracy, lepsza pensja, lepsze środowisko przyjacielskie i jesteśmy w ciągłej takiej gonitwie. Często zapominamy o tym, aby się spotkać, uśmiechnąć, powygłupiać, zauważyć że dzisiaj świeci słońce. My właśnie nie umiemy żyć, tylko umiemy produkować nasze życie a to jest straszne. Kiedy z tej produkcji, z tego pozyskiwania w każdej przestrzeni my zaczniemy normalnie żyć, to czyn miłosierdzia nie jest niczym nadzwyczajnym. Właśnie nie tak dawno położyłam w kaplicy naszej przy tabernakulum jeden cent. Ten jeden cent dostałam od człowieka bezdomnego na ulicy. On mnie tu znał w Wilnie. I mówił: „Siostra zaczekaj, bo ja chcę Ci coś dać na hospicjum dla dzieci”. I tak po prostu z kieszeni z różnymi rzeczami pobrudzonymi wyciągnął tego jednego centa. Dla mnie to był symbol życia. Ten człowiek nie miał nic oprócz tego centa i go oddał. To było jego życie i normalność. Ja chciałabym, abyśmy byli właśnie tacy normalni.

My właśnie gdzieś w gonitwie tego świata się zagubiliśmy. Lepsze stanowisko pracy, lepsza pensja, lepsze środowisko przyjacielskie i jesteśmy w ciągłej takiej gonitwie. Często zapominamy o tym, aby się spotkać, uśmiechnąć, powygłupiać, zauważyć że dzisiaj świeci słońce. My właśnie nie umiemy żyć

Dobro przyciąga dobro. Siostra będąc aniołem bez skrzydeł sama przyciąga do hospicjum anioły. Czy może siostra opowiedzieć o kimś, kto tak konkretnie pomógł w funkcjonowaniu hospicjum?
Właściwie to każdy, kto wpisuje się w codzienność hospicjum, ma w sobie coś anielskiego, bo potrafi właśnie wyjść ze swego ja na rzecz drugiego człowieka, żeby mu pomóc. Wolontariusze to naprawdę szerokie, szerokie grono. To są dzieci, które potrafią przygotować jakieś prezenty dla naszych chorych i przyjść na chwilę i im czas umilić. To będą nawet więźniowie, którzy są skazani na dożywocie i podejmują inicjatywy, aby własnoręcznie wykonać dywaniki, które położą przy łóżku chorego, żeby chory, gdy usiądzie, nie stawiał stóp na zimnej podłodze. Pamiętam sytuację, kiedy jeden z pracowników mi mówi, właśnie gdy powstawały te dywaniki, że jeden ze skazanych więźniów robiąc dywanik powiedział mu coś co jest fundamentalne. Pracownik zapytał się go: „Czemu ty klęczysz tyle godzin już? Usiądź i na siedząco je rób”. A on mówi mu: „Nie, ja będę robił je klęcząc”. Więc pracownik więzienia motywuje go. „Usiądź jednak, bo będzie cię bolał kręgosłup, nie dasz rady”. On podniósł wzrok i mówi: „Na tym dywanie będą stały nogi chorego, tak?”. Ten pracownik mówi: „Tak, będą stały”. No i ten więzień mówi: „No właśnie, nogi chorego. Pan Jezus powiedział, że cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnieście uczynili. Czyli w tym chorym to jest Jezus, tak? I na moim dywaniku będą stały nogi Jezusa?”. Ten pracownik więzienia mówi, że nie wiedział jak odpowiedzieć. I mówi: „No tak!”. Ten więzień powiedział: „No widzisz, ja nie klęczę przed dywanikiem, ja klęczę przed Jezusem, którego nogi będą stały na moim dywaniku”. I ten więzień, który można było powiedzieć nie ma nic, bo on nawet nie ma nadziei na wyjście na wolność, naucza pracownika więzienia ewangelicznego życia i bycia. I to też jest nasz wolontariusz, mimo że moi chorzy go nie widzieli, ale w tym pełnym życiu go zobaczą.

Są też ludzie, którzy zrobili kartki świąteczne, które w imieniu hospicjum wysyłamy ludziom wspierającym naszą placówkę. Odwiedzają nas ludzie nastoletni, którzy zamiast zmarnować wolny czas potrafią przybiec, aby trochę posprzątać, skosić trawę, podlać kwiatki, zrobić ognisko dla chorych i razem pośpiewać w ogrodzie czy chorych na własnych rękach przenieść z łóżka na wózek, a tym wózkiem wywieźć do hospicyjnego ogrodu i posadzić na huśtawce, żeby ktoś w promieniach słońca mógł cieszyć się codziennością. To będą wolontariusze, którzy przyjeżdżają samochodem i chcą przewieźć limuzyną chorą dziewczynkę ulicami Wilna. To wolontariusz, który słyszy od chorej wprost, że zanim odejdzie chciałaby się jeszcze pomodlić przed obrazem Matki Bożej Miłosierdzia-Ostrobramskiej. I w kilku młodych chłopaków organizują się, przychodzą, bo pacjentka jest kompletnie bezwładna i we czterech na własnych rękach wnoszą ją po schodach do kaplicy, aby mogła popatrzeć w oczy Matce Bożej. Można by powiedzieć: „a co w tym jest nadzwyczajnego?”. A jednak jest. Poświęcają swój czas, swoje siły, swoją wrażliwość tym ludziom. To jest właśnie życie, które nas uczy bycia tuż obok kogoś, komu mogę coś z siebie dać.

Syn nie chciał jechać do ojca, kazał mi zejść z pola widzenia. Ja go po prostu przytuliłam i powiedziałam, że nie zejdę.

Miłosierdzie to też powroty do Domu Ojca. Z bliska siostra obserwuje odejścia swoich pacjentów. Jak one wyglądają?
Przeróżnie. Kobieta, która była człowiekiem zaangażowanym w przestrzeń medialną, mówi: „Ja żyłam bez Boga. Dla mnie to było właściwie nieistotne. Były konflikty w rodzinie, z siostrami, z bliskimi, bo oni szli do kościoła, a mnie nigdy nie było to potrzebne”. I mówi: „Kiedy przyszła choroba dopiero sobie uświadomiłam, że mi jest tak naprawdę Bóg potrzebny. To wszystko poza mną jest. Ja teraz sobie nie wyobrażam dnia bez spojrzenia na obraz Jezusa Miłosiernego. Ja sobie nie wyobrażam zmiany opatrunku, kiedy nie ściskam w dłoni różańca i tego bólu nie zawierzam Maryi”. Mówi mi, że każde umycie, uczesanie, zmiana pozycji w łóżku to bez „Jezu Ufam Tobie” nie dałaby rady, bo by tu wrzeszczała, a daje radę i uśmiecha się. To dał jej Bóg. „Wcześniej - mówi - to ja się nie uśmiechałam. Ja pracowałam. Ja innych ludzi potrafiłam podeptać, bo byłam szefową. Bo tego mi nie dał Bóg, nie byłam przy Nim i Go o nic nie prosiłam”. To są właśnie te lekcje. I takich przykładów będzie bardzo dużo. Pamiętam mężczyznę, który nie mógł odejść z tego świata. Agonia się przedłużała przez kilka dni. I ja sobie przypomniałam naszą wcześniejszą rozmowę, w której on powiedział właśnie, że od kilku ostatnich lat nie ma kontaktu z jednym z synów. Ten syn go po prostu przeklął, powiedział, że nie chce takiego ojca i ma swoje życie. Cała rodzina się przy tym chorym gromadziła a tego jednego syna nie było. Odszukałam tego syna. Było to trudne, bo był właśnie w czynnej służbie wojskowej, był na poligonie. Skontaktowałam się z jego władzami wojskowymi i powiedziałam, że sytuacja jest nadzwyczajna i że bardzo proszę o wydanie kilkugodzinnej przepustki, aby ten syn mógł do ojca przyjechać. Ten syn nie chciał, kazał mi zejść z pola widzenia. Ja go po prostu przytuliłam w tym mundurze i powiedziałam, że nie zejdę. „Pan musi ze mną pojechać, niech go pan potraktuje jako wroga swojej ojczyzny i ten przyjazd będzie uniknięciem tragedii wojennej i ocali pan innych. Czy chce pan wojny czy pokoju?”. On mówi: „Dobrze, jadę z panią”. Nawet dostaliśmy samochód wojskowy. Przyjechał, wszedł do pokoju, pochylił się nad ojcem, spojrzeli sobie w oczy i w tym spojrzeniu był ostatni oddech jego ojca na tej ziemi. To była kwestia kilku sekund i ojciec odetchnął na wieczność, a wojskowy się rozpłakał. Potem nie ja go już przytulałam, ale on się wtulił i powiedział: „Siostro, dziękuję! Nie trzeba było słów, nauki, trzeba było czyjegoś bólu i cierpienia. Myślę, że jego tata umierając też dokonywał jakiejś wewnętrznej decyzji i ofiarował to, co niósł w swoim życiu. Nigdy nie jest tak, że jesteśmy idealni, zawsze będą te minusy po mojej stronie i po stronie drugiego człowieka, ale musimy właśnie być ludźmi, by ten minus przewartościować w plus. I ten wojskowy przewieziony z poligonu to potrafił zrobić. I ten ojciec, który ciągle czekał, potrafił to zrobić. Ja mam pewność, że to jest to, co my ludzie wierzący niesiemy w sobie, co nazywamy łaską Bożą. Jego tata przez cały czas przygotowywania się do tego najważniejszego momentu w życiu przyjmował Jezusa w Najświętszym Sakramencie, przyjął wszystkie sakramenty. I to była ta jego moc.

Jeśli w dzisiejszym trudzie, w cierpieniu i w każdej innej chwili żyjemy tylko z myślą o sobie, to to życie jest takie bezsensowne. Im mniej zniewoleń i życia tylko dla siebie, tym więcej nieba.

Czy hospicjum to miejsce spotkania nieba z ziemią?
Dokładnie. Jeżeli my żyjemy tym, że kiedyś nas niebo czeka, to żyjemy w jakiejś fajnej bajce. My to niebo możemy urealniać tu, w naszej codzienności. Ono później będzie tylko pełnią. Pytanie jednak jak żyjemy. Jeśli w dzisiejszym trudzie, w cierpieniu i w każdej innej chwili żyjemy tylko z myślą o sobie, to to życie jest takie bezsensowne. Im mniej zniewoleń i życia tylko dla siebie, tym więcej nieba. Siły do tego trzeba szukać w mocy Bożej i prosić Ducha Świętego, żeby tę bliskość i szczęście nieba w nas urealnił, żeby to było konkretne doświadczenie a nie tylko ulotne wyobrażenie. My tu w hospicjum doświadczamy nieba, później czeka nas jego pełnia.

A jakie wyzwania przed siostrą, przed hospicjum?
Miałam właśnie takiego małego człowieka z mocą w sercu. Ten człowiek ma 5 lat, jest po chemioterapii, to chłopiec, który patrząc mi w oczy mówi: „mam raka, pomożesz mi?” Dziecko, które mówi „pomożesz mi”. I powiedziałabym, że to jest właśnie mój taki dyrektor ds. operacyjnych. [Wyznaczył cel: zbudować hospicjum dla dzieci], którego na Litwie nie ma. Dzieci umierają bardzo często bez pomocy. Często rodzice są bez wsparcia podtrzymującego. Jest nowe wyzwanie, aby rozszerzyć działalność hospicjum dziecięcego o działalność w wymiarze hospicjum domowego i stacjonarnego.

Budowa to jest niewiele, tylko jeden milion dwieście tysięcy euro. Ten jeden cent i jeden milion zawierzyłam Panu Bogu. Jeżeli to będzie Jego wola, będzie hospicjum. Jeżeli Pan Bóg będzie widział inne przestrzenie – Jezu ufam Tobie. Ale zawsze przywołuje postawę św. Ignacego Loyoli, który mówił: „rób wszystko tak, jakby wszystko zależało od ciebie i ufaj tak, jakby wszystko zależało od Pana Boga”. Zawsze musi to być takie przeniknięcie wzajemnie. Moje 100% i Twoje Boże 100% i stanie się realne to, co ma się dokonać.

Teraz chcemy zbudować hospicjum dla dzieci, którego na Litwie nie ma. Dzieci umierają bardzo często bez pomocy. Nawet bez wsparcia podtrzymującego. Potrzebujemy milion euro. Czy przyjdzie od jednego darczyńcy lub złoży się na niego milion osób – Bóg przewidzi.

Jak można konkretnie pomóc stworzyć ten kolejny przedsionek raju tutaj w Wilnie?
Ten jeden milion gdzieś się musi znaleźć. Ja zawsze mówię, że mamy w Polsce i na świecie wielu milionerów i miliarderów, wystarczy tylko odrobina wrażliwości. Ten milion może przyjść od jednego darczyńcy, ale na ten milion może złożyć się jakaś grupa osób. Czy to będzie milion osób, które dadzą po jednym euro czy zadziała inna matematyka - zostawiam to. To znowu jest taka przestrzeń, gdzie każdy powinien uświadomić sobie: „dołączę się do tego, niech to hospicjum powstanie”. Mamy taki zamiar rozpocząć już realnie budowę działu dziecięcego hospicjum na wiosnę 2017 roku i do zimy skończyć. W okresie zimowym dokonać wszystkich prac wykończeniowych i myślę że w 2018 roku, znowu tak na wiosnę, będziemy gotowi. Hospicjum da dach, dom i serce ludzi bliskich dzieciom umierającym i ich rodzicom, którzy będą przeżywali i na pewno już przeżywają, ogromne rany w codzienności. Niech nie będą w tym sami.

Rozmowę przeprowadzili Artur Podgórski i Damian Zegadło.

Cały wywiad na jozef-kielce.pl

Wspomóż